W ostatnią niedzielę, wyciągając z piwnicy słoiki 🫙, wpadła mi w ręce gazeta z 1992 roku (nomen omen – słoiki były w nią owinięte 😊).
A tam rubryka o dumnej nazwie: „Motobigos” – i jest w niej wszystko: mandaty, promy na setki aut, paliwa, prototypy i ciekawostki z Europy…
Czytanie tej rubryki to jak teleport do 1992 – motoryzacja była prostsza, bardziej analogowa i jakoś tak… spokojniejsza. Aż łezka się kręci w oku … albo to jednak kurz ze słoików 😄
Czytając, odpalił mi się tryb: „dobra, porównajmy to z dzisiejszą motoryzacją” – i mam kilka spostrzeżeń:
📼 wtedy dyskutowało się o tym, czy prom zabierze 500 aut,
✅ dziś dyskutujemy, czy produkcja z Chin nie zaleje nas samochodami szybciej niż zdążymy rozpakować te z Europy.
📼 wtedy problemem było to, że auta na rynek USA trzeba doposażyć (np. w katalizatory).
✅ dziś problemem jest to, że auta muszą spełniać wygórowane normy. A katalizator? To dopiero rozgrzewka 😊
📼 kiedyś wymaganie brzmiało: „ma działać”
✅ dzisiaj brzmi: „ma działać zawsze, w każdych warunkach, a…. i my mamy mieć na to potwierdzenie pod postacią tony papieru – zgodnie z powiedzeniem: im więcej papieru tym d...pa czystsza 😊
O ile „Motobigos” bawi i wzrusza, to w realu wiemy, że jakość nie może być bigosem – musi być procesem. 😉
Przez te 30+ lat wymagania w motoryzacji urosły niesamowicie: normy, testy, walidacje, zgodność, dokumentacja, audyty, bezpieczeństwo, emisje, software… lista nie ma końca.
No i teraz pytanie za milion: czy w tym samym tempie urosła też… jakość aut? 😅
Odpowiedź na to pytanie zostawiam każdemu z nas indywidualnie 😊